Literatura



ŚWIĘTY WIT I SŁOWIK

images (1)

Istnieje przysłowie kalendarzowe: „Na święty Wit słowik cyt” lub „Umilkł jak słowik na św. Wita”. Znaczy ono po prostu, że w połowie czerwca, a św. Wita przypada dokładnie 15 czerwca, słowiki przestają śpiewać, termin zaś ustala sposobem średniowiecznym, gdy zamiast kolejnych liczb dni miesiąca wymieniało się imiona świętych, których w tych dniach czczono. Adalberg, który pod hasłem „Św. Wit” pomieścił dwadzieścia różnych przysłów, jako pozycję przedostatnią i najbogatszą podał: „Święty Wicie, piętka w życie. Nie słyszę Cię, Panie, aż połowa ptastwa śpiewać ustanie”. Do tego dodał, iż „piętka = zarodek ziarna zbożowego” i wywód, dlaczego „piętka” jest tu nie na miejscu. Czytając to wszystko, trudno się domyślić, iż mamy tu przepiękną legendę, jedną z rzadkich u nas, w formie dialogu między Bogiem a świętym Witem. Stwórcę, pojętego tu bardzo po gospodarsku, interesuje nie śpiew słowika, lecz sprawa, czy żyto rośnie należycie, czy na źdźbłach występują już „piętki”, inaczej kolankami zwane, a więc zgrubienia zapewniające, iż źdźbło oprze się wiatrom deszczom i wyda kłos. Zapytany św. Wit odpowiada, że nie słyszy, bo ptactwo zanosi się śpiewem, zwłaszcza słowiki. Bóg każe im wówczas zamilknąć. Wszystko to znaleźć można w materiale zacytowanym u Adalberga.

WISŁA I TURECKIE KONIE

images (2)

Przysłowie: „Jak tureckie konie będą w Wiśle poić”, słusznie zaopatrzone objaśnieniem: „nigdy nie doczekasz tego”, powstało zapewne w związku z faktem, iż wyprawy tureckie wieku XVII docierały tylko do wschodnich kresów Rzeczypospolitej, sięgały tylko po okolice Lwowa. Warto jednakże dodać, że przysłowie jest niewątpliwie pogłosem naszej bogatej literatury politycznej, która w wiekach XVI i XVII wydała mnóstwo utworów publicystycznych i literackich, prawiących o niebezpieczeństwie tureckim. Być więc może, że któryś z ich autorów, a należeli do nich pisarze znakomici, St. Orzechowski, M. Rej, J. Kochanowski, S. F. Klonowie, W. Potocki i inni, wprowadzając „pogróżki”, użył zwrotu o Wiśle. Wszak Kochanowski w głośnej pieśni „Wieczna sromota i nie nagrodzona krzywda…” ubolewał, iż sułtan usiłuje Polsce narzucać swego kandydata na króla. Znalezienie takiej pogróżki pozwoliłoby ustalić wiek omawianego przysłowia. Możliwe jest nadto inne jeszcze wyjaśnienie. Jak wiadomo, Turcja nie uznała rozbioru Polski i wskutek tego od końca wieku XVIII nieraz oglądano się na nią jako na naturalnego sprzymierzeńca w walce o odzyskanie niepodległości. Złudne te nadzieje, znane w historii jako próby tworzenia w Turcji polskich sił zbrojnych, odbiły się również w literaturze tradycyjnej, w przeróżnych proroctwach politycznych. Najgłośniejsze z nich, tzw. Przepowiednia Wernyhory, upowszechniona gdzieś w okolicach powstania listopadowego, bardzo popularna w epoce romantyzmu, a nawet w wieku XX, ma motyw bliski naszemu przysłowiu. W powieści M. Czajkowskiego Wernyhora (1838) chwila wyzwolenia Polski określona jest formułką: „Muzułmanin konie napoi w Horyniu.”

Znał go zresztą już świat starożytny

images (3)

Jak wskazuje koncept o „człowieku trzech liter”, pospolity u nas w XVII wieku, a pominięty przez Adalberga. Wyjaśnił go w swych Adagiach 3 Erazm z Rotterdamu, omawiając wyrażenie Homo trium litterarum, dające się ironicznie zastosować do osobnika ze znakomitego rodu, a więc noszącego nazwisko trójczłonowe, którego składniki, zwłaszcza imiona, oznaczano literami, jak C. J. Caesar (Caius Julius) lub M. T. Cycero (Marcus Tullius). Już jednak w komediach Plauta zjawia się koncept ludowy: Człowiek trzech liter to FUR, złodziej, godzien szubienicy (furca), którą poniesie na miejsce kaźni, a zatem furcifer. Koncept więc przybrał postać kalamburu. Ponieważ zaś szubienica miewała często kształt greckiej litery fi, składała się zatem z trzech słupów, „drewien”, stąd u nas zwano ją z niemiecka „drajhulcem” lub „dryhulcem”, i u pisarzy wieku XVII częsty bywa koncept, iż człowiek trzech liter jest, rzecz prosta, człowiekiem trzech drewien. „Trzech liter pan wydarł nam Smoleńsk”, czytamy u Kochowskiego. „Złodziej był osądzony na trzy drewna”, wtóruje mu Kuligowski. O koniokradzie mówi Potocki: „Powiesiwszy na trzecim kat między dwie drewnie” , rękopis zaś mu współczesny ma: „wrota na on świat trzy drewna”. W rękopisie tym znajdujemy całą serię analogicznych konceptów językowych na temat szubienicy i powieszenia: „Temonia, duszennica z gałęzia w południe wyględać w ramy kogo opraw wstać bożym ptaszkiem umrzeć na dębie pogrzebiony na powietrzu wrota na on świat trzy drzewa.”

Z PRZYSŁÓW WISIELCZYCH

images (4)

W książce J. St. Bystronia znaleźć można rozdziałek o związku „życia prawnego” w dawnej Polsce z przysłowiami. Jest tam garść uwag o przysłowiach związanych z szubienicą, ale nie wyczerpują one tematu, jak to jest zresztą i u Adalberga. Jak zaś temat to bogaty różnorodny, a nieraz trudny do zrozumienia, dowodzą podane tutaj uwagi o przysłowiach: „Gąszczyn testament” i „Marchołtowe drzewo”. Rzecz w tym, iż kara śmierci przez powieszenie była aż po wiek XVIII czymś pospolitym, stosowanym przede wszystkim do złodziei, szubienica była normalną instytucją miejską, kat zaś, „małodobrym” ironicznie zwany, normalnym funkcjonariuszem magistrackim. W Lublinie, dzisiaj w obrębie parku, przy wyjeździe z miasta wznosi się kapliczka, postawiona na miejscu dawnej murowanej szubienicy, wzniesiona może nawet z jej cegieł. W tych warunkach zarówno w ławicy miejskiej, gdzie przesłuchiwano, torturowano i skazywano przestępców, jak w „wieży”, gdzie spędzali oni swe chwile ostatnie, jak w tawernach miejskich, a wreszcie na miejscu tracenia, rozwijał się utrzymywał przez wieki swoisty folklor szubieniczny czy wisielczy, powstawały opowiadania, pieśni i przysłowia, zaprawione często domieszką szczególnego makabrycznego komizmu. Niemcy nazwali to Galgenhumor, humorem szubienicznym czy wisielczym, i kawał z testamentem Sowiźrzała czy naszego Gąski jest typowym okazem tej odmiany humoru.

Lepszy niedołęga niż wyproszony kawaler

images (5)

Jakkolwiek podano je bez wskazania źródła, wolno przypuścić, iż chodzi tu o autentyczne przysłowie, związane z Podkarpaciem, wolno natomiast wątpić, czy przysłowiu temu dała początek taka oto historyjka. Skazaniec, wyproszony od powroza przez niezbyt uroczą niewiastę, zamordował ją w noc poślubną i umknął w góry. Wątpliwości te płyną stąd, iż autor artykułu nie wykazuje dobrej orientacji w dawnych stosunkach sądowych, twierdzi bowiem, iż „Małodobry” to jakoby nazwisko kata w grodzie bieckim, choć zajrzenie do Słownika warszawskiego przekonywa, iż „małodobrym” nazywano u nas w wiekach XVI i XVII zarówno łotra, jak i kata. Wątpliwości te dalej pochodzą stąd, że przysłowie mogło powstać raczej na tle obserwacyj, iż małżeństwa z ocalonymi od powroza wyrzutkami układały się nie najlepiej, niż w związku ze wspomnianą anegdotą, dotyczącą wypadku wyjątkowego. Anegdot zaś takich i podobnych było więcej, jak dowodzi facecja K. Żery, zapisana przez niego na Podlasiu i podana jako źródło przysłowia, które Adalberg przeoczył czy odrzucił. Oto ona: PANIE JAKUBIE, WIESZAJ WAĆPAN! Był onego czasu jakoby taki zwyczaj, że gdy na potępieńca wiedzionego na szubienicę dziewka jaka rzuciła swój rańtuch na znak, że chce go pojąć na męża, to darowano winowajcy życie pod warunkiem, iżby ślub wzięli niezwłocznie. Owoż zdarzyło się razu pewnego, że gdy brat imieniem Jakub prowadził wieszać młodego urwisza, a zastąpiła im drogę szubieniczną stara baba chciała skazańcowi ocalić życie, byleby został jej mężem, on hultaj spojrzawszy na szpetną staruchę zawołał na brata: „Panie Jakubie, wieszaj waćpan!” Słowa te poszły w przysłowie i kiedy kto jakiej niefortunnej łaski przyjąć nie chce, to mówi: „Panie Jakubie, wieszaj waćpan.”

WIESZAJ, PANIE JAKUBIE, CZYLI WYPRASZANIE SKAZAŃCA W PRZYSŁOWIACH

images (6)

Gdy przed laty sześćdziesięciu czytelnicy z zapartym tchem śledzili losy Zbyszka i Danusi, jedna ze scen w Krzyżakach wzbudziła żywe zainteresowanie naukowe, upamiętnione sporą ilością rozpraw studiów z pogranicza historii prawa i etnografii. Scena ta to uratowanie Zbyszka od topora katowskiego przez Danusię, która zarzuca mu nałęczkę na głowę, wybiera na męża i w ten sposób ocala od śmierci. Wspomniane dociekania naukowe wykazały, iż powieściopi- sarz nawiązał tu do zwyczaju znanego z aktów sądowych, o czym on sam doskonale wiedział, gdy w usta kasztelana krakowskiego wkładał uwagę, „że więcej się do prostego ludu i do podhalskich zbójników ów obyczaj stosuje niż do szlachty”. Ponieważ jednak sprawa efektownego pomysłu nie da się zamknąć w źródłach jedynie prawnych, warto do niej wrócić, by spojrzeć na nią od strony literatury i folklorystyki, od strony powieści i przysłowia. W r. 1883, a więc równocześnie z Ogniem i mieczem, ukazała się w Warszawie powieść zapomnianego dzisiaj całkowicie Podolaka, Piotra Jaksy-Bykowskiego, zatytułowana Słoboda. W ponurym tym obrazie hajdamaczyzny jeden z rozdziałów nosi napis „Pokrytka” przedstawia ocalenie od egzekucji młodego Sołomieja przez piękną Handzię. Pewne drobne szczegóły sytuacyjne, jak choćby reakcja tłumu, dowodzą, iż autor Krzyżaków scenę tę zapamiętał i że ona właśnie w znacznym stopniu przyczyniła się do wprowadzenia motywu wyproszenia skazańca na rynku krakowskim w Krzyżakach. Rzecz to zrozumiała. Sienkiewicz interesował się Bykowskim i jego twórczością, skoro jego właśnie wskazywał jako człowieka, który miał poprawić wyrazy i zwroty ukraińskie w Ogniem i mieczem. W ten sposób raz jeszcze okazuje się, iż źródła powieści historycznej biją nie tylko w starych aktach, ale również w dziełach literackich. I, dodajmy od razu, w literaturze ludowej, w danym wypadku w przysłowiach.

Znane powszechnie przysłowie

images

Przytoczonege w Dawnej Warszawie, powiedzieć trzeba, iż sprawdzenie jego powszechności nie jest łatwe. U Adalberga go nie ma, bo sporządził on Księgę przysłów polskich, a na przykład jego polski najwidoczniej nie trafił. Co osobliwsza, daremnie by go szukać w znakomitym kompendium przysłów łacińskich Margalitsa.3 Autorka słyszała je zapewne w środowisku palestry warszawskiej, w którym się wychowała, a w której przetrwały echa dawnej kultury sarmackiej. Ja spotkałem je przed laty czterdziestu, wraz z jego odpowiednikiem, w Rzeszowskiem, gdzie przytaczano je po wiejskich plebaniach, kontynuujących również po swojemu tradycje staropolskie. Przysłowie wiąże spożycie wina i mleka w sposób na pozór osobliwy, w istocie zupełnie normalny. Mleko, jak wiadomo, jest antidotum na rozmaite trucizny, m. in. na zatrucie alkoholem od lekkiego zamroczenia po utratę przytomności. I ten właśnie zabieg leczniczy, w postaci humorystycznie przesadzonej, występuje w przysłowiu o sporządzaniu testamentu. Człowiek, który doprowadził się do tego, że po winie musi stosować mleko, jest… gotów, pić dalej nie powinien, pić zresztą nie może. Mleko oczywiście nie grozi mu śmiercią, przeciwnie, wywołuje torsje i leczy zalanego. Zwłaszcza mleko kwaśne czy zsiadłe, niegdyś kampustem u nas zwane.

WINO — MLEKO — KAMPUST

ksiazki

W niezwykle interesujących wspomnieniach o Dawnej Warszawie Jadwigi Dmochowskiej jest rozdział o mleczarniach warszawskich sprzed pół wieku, m. in. o sławnej „Nadświdrzańskiej”. Autorka zaznacza, że posiłki tam były wysoce higieniczne, m. in. ponieważ „wykluczały spożycie alkoholu. Znane jest bowiem powszechnie przysłowie: Post vinum lac, testamentum fac”
Czy uwaga to słuszna, wolno wątpić, w danym bowiem wypadku z równym, a nawet większym prawem zastosować by można przysłowie wręcz przeciwne: „Post lac vinum, repete trinuml” Gdy bowiem pierwsze znaczy: „Pijąc po winie mleko, rób testament”, drugie zaleca po szklance mleka trzy szklanki wina. Wiadomo jednak, że „mądrość narodów” ukryta w przysłowiach zawiera często wskazówki wręcz sprzeczne, a jednakowo słuszne. Wszak wiadomo, że „Śmiałkom szczęście sprzyja”, ale również wiadomo, że „Śmiałków psy gryzą”. O ile zaś chodziłoby o bywalców „Nadświdrzańskiej”, zdarzali się wśród nich niewątpliwie tacy, którym mleczne kolacje wystarczały najzupełniej, ale i tacy, którzy „poprawiali” je w zakładach mniej higienicznych i nie szczędzili sobie przy tym nektarów z mlekiem niewiele mających wspólnego, chyba że weźmie się na serio przysłowie śląskie: „Ni ma lepszego leku jak gorzałka po mleku”.

ZACHCIAŁO SIĘ WILKOWI PLĘSAĆ

literatura

Knapius zapisał przysłowie: „Zachciało się wilkowi plęsać (śpiewać)”, dodając, że dotyczy ono ludzi, którzy biorą się do nie swoich rzeczy i źle na tym wychodzą. Adalberg powtórzył je dosłownie i bez komentarza, co i zrozumiałe, wszak od wilka nie oczekujemy popisów tanecznych czy śpiewaczych. Ktoś jednak, kogo zainteresowałoby pytanie, dlaczego przysłowie przypisuje je temu właśnie, a nie innemu drapieżnikowi, znalazłby odpowiedź w rzadkiej u nas, poza Kaszubszczyzną, bajce zwierzęcej o głupim wilku, narażonym na dotkliwe przejścia przez chytrego lisa. Lis mianowicie zaprasza wilka na ucztę, dostaje się z nim do spiżarni chaty wiejskiej, w której odbywa się właśnie wesele. Obydwaj objadają się obficie, wilk podpija sobie i zaczyna nie tyle śpiewać, co wyć z zadowolenia. Zaalarmowani weselnicy zbiegają się i turbują go niemiłosiernie, tak że ledwo uchodzi z życiem. Tak opowiada się na Kaszubach. Odmiana krakowska przedstawia się inaczej i bardziej rubasznie. Liszka namawia podstępnie wilka, by się opił wody, zatyka go kołkiem i prowadzi na chłopskie wesele, by potańczyć. W momencie, gdy danser wyraża obawę, że „bedzie laksowało”, liszka wyrywa mu kolek, wilk zanieczyszcza izbę i ciężko pobity przez oburzonych gości z trudem uchodzi z wesela. Przysłowie Knapiusa wspominające i pląsy, i śpiewanie wilcze dowodzi, iż na gruncie staropolskim bajkę o wilku i lisie znano w obydwu jej odmianach.

NIE BOJĘ SIĘ WILKA.

trudnosci-z-koncentracja

Wrześniowy zeszyt warszawskiego „Ateneum” z r. 1895, gdzie A. Briickner kończył swoje znakomite studium o Przysłowiach, przynosił również wspaniałą nowelę Wł. St. Reymonta, nazwaną szkicem, a zatytułowaną Tomek Baran. Znajdujemy w niej opis powrotu przez las dziewczyniny spracowanej całodzienną robotą na mrozie przy odkopywaniu spod śniegu drzewa: Marysia okręciła głowę zapaską, zabrała łopaty i wolno poszła w las, ku domowi. Czuła się nie tyle zmęczoną, co głodną i bardzo senną. Z początku szła bezmyślnie, ale potem las zaczął się jej wydawać takim groźnym i ponurym, tak czerniał dziwnie i jakby rozbrzmiewał jękiem w głębiach, że obleciała ją trwoga niewytłumaczona. Zdawało się jej, że niezliczone pnie drzew zabiegają jej drogę ze wszystkich stron, że pomiędzy nimi świecą w dali jakieś oczy czerwonawe i migotają trójkątne pyski wilków: przymykała na chwilę oczy, ale strach rósł nieustannie, zaczęła szybciej lecieć i dla dodania sobie odwagi, na pół już przytomna, śpiewała: Mazury, Mazury! Chłopy kiej drabany, Sadzić wama kury nie chodzić do panny,

Hu-ha!
A później:
Nie boję się chłopa, choćby była kopa
Nie boję się wilka, choćby było kilka.
Hu-ha!

Ale bało się biedactwo ogromnie. Druga z tych przyśpiewek, niewątpliwie autentyczna, pochodząca gdzieś spod Rogowa czy Koluszek, ma swój odpowiednik paremiologiczny w formie przysłów zapisanych u Adalberga w postaci: „Nie boję się wilka, choć ich kilka; boję się chłopa, bo ich zaraz kopa” oraz „Nie boję się wilka, choćby było kilka, a jak zobaczę ogón, to uciekam do dom”. Obie postaci są tu zresztą rytmicznie zniekształcone.

Scroll To Top