Literatura



WINO — MLEKO — KAMPUST

ksiazki

W niezwykle interesujących wspomnieniach o Dawnej Warszawie Jadwigi Dmochowskiej jest rozdział o mleczarniach warszawskich sprzed pół wieku, m. in. o sławnej „Nadświdrzańskiej”. Autorka zaznacza, że posiłki tam były wysoce higieniczne, m. in. ponieważ „wykluczały spożycie alkoholu. Znane jest bowiem powszechnie przysłowie: Post vinum lac, testamentum fac”
Czy uwaga to słuszna, wolno wątpić, w danym bowiem wypadku z równym, a nawet większym prawem zastosować by można przysłowie wręcz przeciwne: „Post lac vinum, repete trinuml” Gdy bowiem pierwsze znaczy: „Pijąc po winie mleko, rób testament”, drugie zaleca po szklance mleka trzy szklanki wina. Wiadomo jednak, że „mądrość narodów” ukryta w przysłowiach zawiera często wskazówki wręcz sprzeczne, a jednakowo słuszne. Wszak wiadomo, że „Śmiałkom szczęście sprzyja”, ale również wiadomo, że „Śmiałków psy gryzą”. O ile zaś chodziłoby o bywalców „Nadświdrzańskiej”, zdarzali się wśród nich niewątpliwie tacy, którym mleczne kolacje wystarczały najzupełniej, ale i tacy, którzy „poprawiali” je w zakładach mniej higienicznych i nie szczędzili sobie przy tym nektarów z mlekiem niewiele mających wspólnego, chyba że weźmie się na serio przysłowie śląskie: „Ni ma lepszego leku jak gorzałka po mleku”.

Analiza przysłowia składniowa jest prosta

Obejmuje ono trzy nazwy, każda ma przydawkę, „jeden”, „maga”, „miasto”; ponieważ dwie pierwsze przy dawki rymują się ze swoimi rzeczownikami, zdanie wygląda na spoistą i konsekwentną całość pod względem i logicznym, artystycznym. Kolejność tych nazw, dzięki przydawce dwuczłonowych, jest taka, iż ostatnia z nich wydaje się przeciwstawieniem dwu pierwszych. Kraków jest miastem, i tym różni się od Wiednia i Pragi. Na czym więc różnica ta polega? Gdy sięgniemy do Adalberga pod hasło „Wiedeń 3j 3* ”, gdzie mamy i przysłowie Rysińskiego, znajdziemy tam coś, co naprowadza na ślad poszukiwanego rozwiązania. „I we Wiedni ludzie biedni.” Ślad ten wskazuje, iż w języku przysłów z wyrazem „Wiedeń” rymuje się przymiotnik „biedny”, który w swej postaci średniowiecznej, jak zresztą i późniejszej, brzmi „bieden”, a więc w danym wypadku tworzy układ rytmiczny taki sam jak liczebnik „jeden”. Znaczeniowo zaś przymiotnik jest tu o tyle wyższy nad liczebnikiem, iż wnosi do przysłowia jakiś sens, którego liczebnik nie daje. Idąc zaś za przyjętym śladem i dostrzeganym sensem, przyjąć dalej trzeba, że przydawka przy drugiej stolicy może być jakimś synonimem do „bieden”. Synonimem tym może być tylko przymiotnik „naga”, tj. goła, biedna. Wydobycie spod obecnej postaci przysłowia dwu przymiotników w ich przypuszczalnie pierwotnym brzmieniu daje zaskakująco jasną całość: „Bieden Wiedeń, Praga naga — Kraków miasto.”

ŚWINIA POTRZEBUJE WINA

Przysłowie to, zapisane w pierwszej połowie wieku XVIII, może nieco dziwić, wymieniony w nim bowiem czworonóg otrzymuje raczej pomyje niż wino. Sprawę wyjaśnia humoreska, którą w wieku XIX opowiadano w Wiedniu, skąd upowszechniła się w ówczesnej Galicji. Komiczny prowincjał węgierski zamawia w restauracji wiedeńskiej wieprzowinę. Słyszy, iż przy sąsiednim stoliku ktoś, komu podano rybę, woła o wino, bo „ryba chce pływać”. Węgier żąda piwa, bo „Świnia chce pić”. Anegdota ta czy analogiczna musiała być znana w Polsce wieku XVII i ona to dała powód do powstania przysłowia o świni i winie. Istotnie, figuruje ona w siedemnastowiecznym rękopisie, będącym obecnie własnością Biblioteki Narodowej1, i jako żartobliwych antagonistów wymienia wojewodę Denhoffa i ks. Walentego Fabrycjusza. Popularności tego typu anegdoty dowodzi nadto pokrewny koncept związany z nazwiskiem znanego polityka czasów zygmuntowskich Jana Ocieskiego. Ocieski, mając w rybny dzień akademiki przy stole, powiedział niosąc ze zdrowiem kielich do ust: Woda żywym, wino zmarłym! Akademicy jęli przeczyć i przeciwnego dowodzić, ale ich łacno odbył, kiedy na ryby wskazał.

NA ŚWIECIE RÓŻNIE SIĘ PLECIE

Przysłowie „Na świecie różnie się plecie”, u Adalberga („Świat 24, ,i3* ”) podane bez żadnych wskazówek, skąd je zaczerpnął, stanowi tak osobliwy przykład krzyżowania się przeróżnych pierwiastków trady- cyjno-ludowych i literackich, iż warto mu się przyjrzeć nieco dokładniej.
Punktem wyjścia jest tu nazwisko Jana Kochanowskiego. Jego pieśń „Chcemy sobie być radzi…” (I 9) zawiera znaną zwrotkę: Wszystko się dziwnie plecie Na tym tu biednym świecie; A kto by chciał rozumem wszystkiego dochodzić, zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić. Związek przysłowia z pieśnią jest oczywisty, ale co z czego poszło, odpowiedzieć nie potrafimy. Sama pieśń jest znakomitą parafrazą ody Horacego (III 29), ale daremnie byśmy szukali dokładnego odpowiednika przytoczonej zwrotki w modelu łacińskim. Jest ona dziełem Kochanowskiego, który może wyzyskał w niej powiedzenie przysłowiowe, a może, na odwrót, jego dwuwiersz w postaci uproszczonej poszedł w przysłowie. To drugie jest bardziej prawdopodobne, ale poza granice domysłu nie wykracza. Jak wiadomo, w ślady mistrza czarnoleskiego poszedł Antoni Malczewski, który ową zwrotką posłużył się w Marii, robiąc ją mottem pierwszej pieśni swego poematu. Jak również wiadomo, nawiązał do niej w swej posępnej pieśni masek, której refren powtarza ułamek wiersza Kochanowskiego: Ach, na tym świecie śmierć wszystko zmiecie, Robak się lęgnie i w bujnym kwiecie.

NA ŚWIECIE JAK W ŁAŹNI, IM KTO WYŻEJ SIEDZI, TYM BARDZIEJ SIĘ POCI

Przysłowie przez Adalberga zacytowane w pełnej postaci pod hasłem „Świat 23 ”, w postaci zaś bez pierwiastka porównania dłuższej: „Im kto wyżej w łaźni siedzi, tym się bardziej poci” („Łaźnia 2 ”), podanej bez źródła, a pochodzącej z w. XVII, oraz krótkiej: „Im kto wyżej siedzi, tym bardziej się poci” („Siedzieć 4 ”), z odesłaniem do anegdoty z połowy w. XVII, gdzie przecież mamy brzmienie pełne, jest kontaminacją dwu przysłów różnych, zamieszczonych w Nowej księdze przysłów polskich. Pierwsze, u Adalberga zapisane bez żadnej dokumentacji, jako „Im kto na wyższym miejscu siedzi, tym bliższy do upadku bywa” („Miejsce 2, 2* ”)> ma swój odpowiednik w Setniku przypowieści uciesz- nych Marcina Błażewskiego (1608), gdzie czytamy w zakończeniu bajki:
Tak więtszym stanom, mniejszy, często więc zajźrzymy Ich zwierzchności wysokiej, a tego nie wiemy, Że im kto wyższej siedzi, tym się barziej boi… Błażewski dorzucił tutaj inną jeszcze odmianę: „Wyższej z wieże aniż z domu latać”, wywodzącą się z innego kręgu wyobrażeń, choć znaczącą to samo. Brzmienie drugie, niewątpliwie bardziej rodzime, zachowała anegdota wyzyskana przez Adalberga, powtarzającego ją za Ambrożym Grabowskim: Radziejowski kardynał [!] zafrasowanemu królowi Janowi Kazimierzowi powiedział: Miłościwy panie, na świecie jak w łaźni, im kto wyżej siedzi, tym bardziej się poci.

POD ZŁEJ MATKI SYNEM

Przysłowie rzuca się w oczy, gdy występuje w pełnym brzmieniu. Spotykane w postaci synkopowanej lub jako aluzja, nie zawsze daje się odpoznać, jak dowodzi Pan Tadeusz, zbadany od strony paremio- graficznej bardzo starannie1, a jednak — jak się okaże — kryjący niejedną jeszcze zagadkę. Tak więc słowa podchmielonego Pluta, gdy przechwala się swymi zdolnościami tancerskimi: Słowo majorskie, panno, nie Rosyjaninem Jestem, jeżeli kłamię! Chcę być sukinsynem,
Jeżeli kłamię… nie zdradzają, na pierwszy rzut oka, ukrytego w nich przysłowia, które bez trudu wyłuska, kto zna zwrot staropolski „Przysięgać pod złej matki synem”, zanotowany u Lindego i Brzozowskiego.2 W obydwu wypadkach mamy typową przyzwoitkę, zastąpienie ordynarnego, choć pospolitego wyrazu innym, przy czym rosyjskie „sukinsyn” i w języku rosyjskim, i w polskim, podobnie jak w anglo-amerykańskim (son of the bitch) nie jest wprawdzie wyrazem salonowym, ale nie ma zabarwienia tak silnego, by go zaliczyć do zakresu słownictwa niedopuszczalnego. „Złej matki syn” znowuż to omówienie tego samego rzędu, co spopularyzowany przez Trylogię „Taki syn”.

SERCE NIE SŁUGA…

Jako odmianę przysłowia: „Serce nie sługa, rozkazać mu trudno”, Adalberg („Serce S3) 8i* ”) podaje: „Serce nie sługa, nie zna, co to pan (pany).” Odmianę tę upowszechnił Pan Tadeusz, gdzie czytamy:
Bo serce nie jest sługa, nie zna, co to pany, nie da się przemocą okuwać w kajdany. Wiadomo jednak, iż Mickiewicz nie jest twórcą tego dwuwiersza, że powtórzył go za popularną pieśnią, chętnie śpiewaną przez młodzież wileńską i niewileńską zresztą. Źródłem jej zaś istotnym jest popularny wodewil J. N. Kamińskiego Zabobon, czyli Krakowiacy i Górale, 1816 (akt III, sc. 1).
Serce nie sługa, nie zna, co to pany, Nie da się okuć przemocą w kajdany, Wolnością żyje, do wolności wzdycha… — brzmi jej postać oryginalna, przy czym popularność jej wynika nie tylko z nastrojów epoki, ale również, i to niewątpliwie, z okoliczności, iż Kamiński wprowadził tu przysłowie znane pisarzom dawniejszym, jak Potocki i Jabłonowski („Trudno sercu rozkazać, powieść to dawna” czy „Serce nie chłopiec, rozkazać mu trudno”), tyle że nadał mu nową, zgrabną i łatwą do zapamiętania postać rymowaną.

O tym, co podczas gdy inni wiedli między sobą spory

W późnej znowuż edycji Adagiów Erazma (Paryż 1579, kol. 1320) zaakcentowano praktyczny sens przysłowia „Piscatur in aqua túrbida”, objaśnionego niekoniecznie poprawnie w zdaniu: „De eo, qui, dum alii inter se rixantur, ipse sibi et suis commodis consulit”, czyli „O tym, co podczas gdy inni wiedli między sobą spory, sam zadbał o siebie i o swoje interesy”, zdanie to bowiem zaciera inicjatywę „mąciwody”, jak Słownik warszawski nazywa osobnika wywołującego korzystną dla siebie sytuację. Jego zaś obecność akcentuje już tekst Os, okoliczność zaś to ważna, bo tłumaczy żywotność przysłowia, opartego na doświadczeniu codziennym, znanym dzisiaj równie dobrze jak przed wiekami, obojętna, pięciu czy piętnastu. Co to znaczy, wyjaśnia urywek Rejowej Krótkiej rozprawy (1543), gdzie Pleban zarzucając Panu, że nadto „rozumem ruszył” i pomieszał różne sprawy, powiada: Zabrnąłeś jako z niewodem: „Karasia, lina i szczukę Tak razem wszytko potłukę.”
W wydaniu krytycznym daremnie by szukać komentarza do tego zdania — i nic dziwnego, wyrazu bowiem „tłuc” czy „potłuc” w użytym przez Reja znaczeniu nie podają słowniki. Sens i wyrazu, i całego zdania wyjaśnia znajomość prymitywnego „łapania” nie tyle nawet ryb, co rybek, płotek i kiełbików w Bieszczadach, gdzie przed laty siedemdziesięciu w rzeczkach i potokach górskich — posługując się prymitywnym sprzętem — tak oto chadzali chłopcy małomiasteczkowi „na ryby”. Jeden z nich niósł „sak”, odcięty trójkątny róg zgrzebnego worka, umocowany na zgiętym w kabłąk patyku i przymocowany do rozwidlonego kija. Chłopiec drugi paradował z trzechme-
trową tyczką, zaopatrzoną na grubszym końcu kawałkiem twardej skóry, zazwyczaj podjętym ze śmietnika obcasem. Tyczka ta zwała się „tłukiem”. Na „huczku”, kamienistym korycie z bystrą wodą, pierwszy rybak przyciskał do dna sak, drugi zaś tłukł, tj. tłukiem przejeżdżał po kamieniach na przestrzeni kilku metrów, płoszył rybki i zapędzał je do saka. Małopolanin Rej, który jako chłopak biegał „około Niestru” i przynosił „pełne zanadra płocic”3, stosował najwidoczniej i opisane tu metody, i używane w związku z nimi słownictwo, i wprowadził je do swego dialogu, zastępując jedynie dziecinny sak dużym niewodem.

PTASIE MLEKO

Komiczne powiedzonko o ptasim mleku („Ptak 2j 69*”) jest tak powszechnie znane, iż skłonni jesteśmy upatrywać w nim koncept domorosły, rodzimy. W istocie, jak to już przed wiekami wykazano, zrodził się on w świecie starożytnym.1 Już tedy w Grecji mówiło się o ornithon gala, mleku ptasim, co po łacinie zwano gallinarum lac, mlekiem kurzym, a co było wyrazem dobrobytu tak dużego, iż niczego w nim nie brakło. Erazm z Rotterdamu i Paweł Manucjusz przytaczają cytaty z dzieł greckich, wśród których na miejsce naczelne wysuwają się komedie Arystofanesa, Osy tudzież Ptaki. Tutaj wystarczy odwołać się do baśni o Chmurokukułczynie, gdzie rozkosze utopijnego grodu, wzniesionego przez ptaki między ziemią a niebem, obejmują wszystko, czego dusza może zapragnąć: …my wszem damy zdrowie, pomyślność i szczęście, i mir, długie życie i młodość, i pląsy, i śmiech, i wesele, i mleka ptasiego też w bród. I ponownie, u końca sztuki, Radodaj, który pomysł miasta ptakom podsunął, proponuje zgłodniałemu przedstawicielowi bogów olimpijskich, Heraklesowi: …królem cię uczynię i mleka dam ptasiego, ile tylko zechcesz. Na gruncie polskim przysłowie greckie otrzymało dodatek związany z innym przysłowiem: „Nie trzeba maku siekać” , brzmi tedy: „Chyba tylko ptasiego mleka i krupek makowych u niego nie- dostaje.”

PRZYPIEKAĆ SKOKI

F. Krćek, trafiwszy na „zwrot łowiecki: przypiekać skoki = nie znać myślistwa”, upomniał się o wprowadzenie go między przysłowia.1 Pod hasłem „Przypiec” zwrot ten znajdziemy w Słowniku warszawskim, gdzie objaśniono go jako wyrażenie myśliwskie, które znaczy „być nowicjuszem, frycem, stawiać pierwsze kroki”, nie dodano tu jednak zwykłej notki „Prz.”, wskazującej, że to przysłowie. Zwrot jednak miał istotnie obieg przysłowiowy i może nieco odmienne znaczenie. Jest mianowicie anegdota z w. XVIII o początkującym myśliwym, który nietęgo się spisał i którego skierowano do kucharza, by przypiekł skoki. Fryc dostał solidne cięgi i w ten sposób dowiedział się, na czym przypiekanie skoków polega. Przypuścić więc można, iż przypiekać skoki znaczyło tyle, co płacić frycowe. Pochodzenie zwrotu niejasne — zapewne źródłem jego był jakiś zwyczaj myśliwski w rodzaju obdzielania chartów skokami upolowanego przez nie zająca.

ŚWIĘTY WIT I SŁOWIK

images (1)

Istnieje przysłowie kalendarzowe: „Na święty Wit słowik cyt” lub „Umilkł jak słowik na św. Wita”. Znaczy ono po prostu, że w połowie czerwca, a św. Wita przypada dokładnie 15 czerwca, słowiki przestają śpiewać, termin zaś ustala sposobem średniowiecznym, gdy zamiast kolejnych liczb dni miesiąca wymieniało się imiona świętych, których w tych dniach czczono. Adalberg, który pod hasłem „Św. Wit” pomieścił dwadzieścia różnych przysłów, jako pozycję przedostatnią i najbogatszą podał: „Święty Wicie, piętka w życie. Nie słyszę Cię, Panie, aż połowa ptastwa śpiewać ustanie”. Do tego dodał, iż „piętka = zarodek ziarna zbożowego” i wywód, dlaczego „piętka” jest tu nie na miejscu. Czytając to wszystko, trudno się domyślić, iż mamy tu przepiękną legendę, jedną z rzadkich u nas, w formie dialogu między Bogiem a świętym Witem. Stwórcę, pojętego tu bardzo po gospodarsku, interesuje nie śpiew słowika, lecz sprawa, czy żyto rośnie należycie, czy na źdźbłach występują już „piętki”, inaczej kolankami zwane, a więc zgrubienia zapewniające, iż źdźbło oprze się wiatrom deszczom i wyda kłos. Zapytany św. Wit odpowiada, że nie słyszy, bo ptactwo zanosi się śpiewem, zwłaszcza słowiki. Bóg każe im wówczas zamilknąć. Wszystko to znaleźć można w materiale zacytowanym u Adalberga.

WISŁA I TURECKIE KONIE

images (2)

Przysłowie: „Jak tureckie konie będą w Wiśle poić”, słusznie zaopatrzone objaśnieniem: „nigdy nie doczekasz tego”, powstało zapewne w związku z faktem, iż wyprawy tureckie wieku XVII docierały tylko do wschodnich kresów Rzeczypospolitej, sięgały tylko po okolice Lwowa. Warto jednakże dodać, że przysłowie jest niewątpliwie pogłosem naszej bogatej literatury politycznej, która w wiekach XVI i XVII wydała mnóstwo utworów publicystycznych i literackich, prawiących o niebezpieczeństwie tureckim. Być więc może, że któryś z ich autorów, a należeli do nich pisarze znakomici, St. Orzechowski, M. Rej, J. Kochanowski, S. F. Klonowie, W. Potocki i inni, wprowadzając „pogróżki”, użył zwrotu o Wiśle. Wszak Kochanowski w głośnej pieśni „Wieczna sromota i nie nagrodzona krzywda…” ubolewał, iż sułtan usiłuje Polsce narzucać swego kandydata na króla. Znalezienie takiej pogróżki pozwoliłoby ustalić wiek omawianego przysłowia. Możliwe jest nadto inne jeszcze wyjaśnienie. Jak wiadomo, Turcja nie uznała rozbioru Polski i wskutek tego od końca wieku XVIII nieraz oglądano się na nią jako na naturalnego sprzymierzeńca w walce o odzyskanie niepodległości. Złudne te nadzieje, znane w historii jako próby tworzenia w Turcji polskich sił zbrojnych, odbiły się również w literaturze tradycyjnej, w przeróżnych proroctwach politycznych. Najgłośniejsze z nich, tzw. Przepowiednia Wernyhory, upowszechniona gdzieś w okolicach powstania listopadowego, bardzo popularna w epoce romantyzmu, a nawet w wieku XX, ma motyw bliski naszemu przysłowiu. W powieści M. Czajkowskiego Wernyhora (1838) chwila wyzwolenia Polski określona jest formułką: „Muzułmanin konie napoi w Horyniu.”

Znał go zresztą już świat starożytny

images (3)

Jak wskazuje koncept o „człowieku trzech liter”, pospolity u nas w XVII wieku, a pominięty przez Adalberga. Wyjaśnił go w swych Adagiach 3 Erazm z Rotterdamu, omawiając wyrażenie Homo trium litterarum, dające się ironicznie zastosować do osobnika ze znakomitego rodu, a więc noszącego nazwisko trójczłonowe, którego składniki, zwłaszcza imiona, oznaczano literami, jak C. J. Caesar (Caius Julius) lub M. T. Cycero (Marcus Tullius). Już jednak w komediach Plauta zjawia się koncept ludowy: Człowiek trzech liter to FUR, złodziej, godzien szubienicy (furca), którą poniesie na miejsce kaźni, a zatem furcifer. Koncept więc przybrał postać kalamburu. Ponieważ zaś szubienica miewała często kształt greckiej litery fi, składała się zatem z trzech słupów, „drewien”, stąd u nas zwano ją z niemiecka „drajhulcem” lub „dryhulcem”, i u pisarzy wieku XVII częsty bywa koncept, iż człowiek trzech liter jest, rzecz prosta, człowiekiem trzech drewien. „Trzech liter pan wydarł nam Smoleńsk”, czytamy u Kochowskiego. „Złodziej był osądzony na trzy drewna”, wtóruje mu Kuligowski. O koniokradzie mówi Potocki: „Powiesiwszy na trzecim kat między dwie drewnie” , rękopis zaś mu współczesny ma: „wrota na on świat trzy drewna”. W rękopisie tym znajdujemy całą serię analogicznych konceptów językowych na temat szubienicy i powieszenia: „Temonia, duszennica z gałęzia w południe wyględać w ramy kogo opraw wstać bożym ptaszkiem umrzeć na dębie pogrzebiony na powietrzu wrota na on świat trzy drzewa.”

Z PRZYSŁÓW WISIELCZYCH

images (4)

W książce J. St. Bystronia znaleźć można rozdziałek o związku „życia prawnego” w dawnej Polsce z przysłowiami. Jest tam garść uwag o przysłowiach związanych z szubienicą, ale nie wyczerpują one tematu, jak to jest zresztą i u Adalberga. Jak zaś temat to bogaty różnorodny, a nieraz trudny do zrozumienia, dowodzą podane tutaj uwagi o przysłowiach: „Gąszczyn testament” i „Marchołtowe drzewo”. Rzecz w tym, iż kara śmierci przez powieszenie była aż po wiek XVIII czymś pospolitym, stosowanym przede wszystkim do złodziei, szubienica była normalną instytucją miejską, kat zaś, „małodobrym” ironicznie zwany, normalnym funkcjonariuszem magistrackim. W Lublinie, dzisiaj w obrębie parku, przy wyjeździe z miasta wznosi się kapliczka, postawiona na miejscu dawnej murowanej szubienicy, wzniesiona może nawet z jej cegieł. W tych warunkach zarówno w ławicy miejskiej, gdzie przesłuchiwano, torturowano i skazywano przestępców, jak w „wieży”, gdzie spędzali oni swe chwile ostatnie, jak w tawernach miejskich, a wreszcie na miejscu tracenia, rozwijał się utrzymywał przez wieki swoisty folklor szubieniczny czy wisielczy, powstawały opowiadania, pieśni i przysłowia, zaprawione często domieszką szczególnego makabrycznego komizmu. Niemcy nazwali to Galgenhumor, humorem szubienicznym czy wisielczym, i kawał z testamentem Sowiźrzała czy naszego Gąski jest typowym okazem tej odmiany humoru.

Lepszy niedołęga niż wyproszony kawaler

images (5)

Jakkolwiek podano je bez wskazania źródła, wolno przypuścić, iż chodzi tu o autentyczne przysłowie, związane z Podkarpaciem, wolno natomiast wątpić, czy przysłowiu temu dała początek taka oto historyjka. Skazaniec, wyproszony od powroza przez niezbyt uroczą niewiastę, zamordował ją w noc poślubną i umknął w góry. Wątpliwości te płyną stąd, iż autor artykułu nie wykazuje dobrej orientacji w dawnych stosunkach sądowych, twierdzi bowiem, iż „Małodobry” to jakoby nazwisko kata w grodzie bieckim, choć zajrzenie do Słownika warszawskiego przekonywa, iż „małodobrym” nazywano u nas w wiekach XVI i XVII zarówno łotra, jak i kata. Wątpliwości te dalej pochodzą stąd, że przysłowie mogło powstać raczej na tle obserwacyj, iż małżeństwa z ocalonymi od powroza wyrzutkami układały się nie najlepiej, niż w związku ze wspomnianą anegdotą, dotyczącą wypadku wyjątkowego. Anegdot zaś takich i podobnych było więcej, jak dowodzi facecja K. Żery, zapisana przez niego na Podlasiu i podana jako źródło przysłowia, które Adalberg przeoczył czy odrzucił. Oto ona: PANIE JAKUBIE, WIESZAJ WAĆPAN! Był onego czasu jakoby taki zwyczaj, że gdy na potępieńca wiedzionego na szubienicę dziewka jaka rzuciła swój rańtuch na znak, że chce go pojąć na męża, to darowano winowajcy życie pod warunkiem, iżby ślub wzięli niezwłocznie. Owoż zdarzyło się razu pewnego, że gdy brat imieniem Jakub prowadził wieszać młodego urwisza, a zastąpiła im drogę szubieniczną stara baba chciała skazańcowi ocalić życie, byleby został jej mężem, on hultaj spojrzawszy na szpetną staruchę zawołał na brata: „Panie Jakubie, wieszaj waćpan!” Słowa te poszły w przysłowie i kiedy kto jakiej niefortunnej łaski przyjąć nie chce, to mówi: „Panie Jakubie, wieszaj waćpan.”

WIESZAJ, PANIE JAKUBIE, CZYLI WYPRASZANIE SKAZAŃCA W PRZYSŁOWIACH

images (6)

Gdy przed laty sześćdziesięciu czytelnicy z zapartym tchem śledzili losy Zbyszka i Danusi, jedna ze scen w Krzyżakach wzbudziła żywe zainteresowanie naukowe, upamiętnione sporą ilością rozpraw studiów z pogranicza historii prawa i etnografii. Scena ta to uratowanie Zbyszka od topora katowskiego przez Danusię, która zarzuca mu nałęczkę na głowę, wybiera na męża i w ten sposób ocala od śmierci. Wspomniane dociekania naukowe wykazały, iż powieściopi- sarz nawiązał tu do zwyczaju znanego z aktów sądowych, o czym on sam doskonale wiedział, gdy w usta kasztelana krakowskiego wkładał uwagę, „że więcej się do prostego ludu i do podhalskich zbójników ów obyczaj stosuje niż do szlachty”. Ponieważ jednak sprawa efektownego pomysłu nie da się zamknąć w źródłach jedynie prawnych, warto do niej wrócić, by spojrzeć na nią od strony literatury i folklorystyki, od strony powieści i przysłowia. W r. 1883, a więc równocześnie z Ogniem i mieczem, ukazała się w Warszawie powieść zapomnianego dzisiaj całkowicie Podolaka, Piotra Jaksy-Bykowskiego, zatytułowana Słoboda. W ponurym tym obrazie hajdamaczyzny jeden z rozdziałów nosi napis „Pokrytka” przedstawia ocalenie od egzekucji młodego Sołomieja przez piękną Handzię. Pewne drobne szczegóły sytuacyjne, jak choćby reakcja tłumu, dowodzą, iż autor Krzyżaków scenę tę zapamiętał i że ona właśnie w znacznym stopniu przyczyniła się do wprowadzenia motywu wyproszenia skazańca na rynku krakowskim w Krzyżakach. Rzecz to zrozumiała. Sienkiewicz interesował się Bykowskim i jego twórczością, skoro jego właśnie wskazywał jako człowieka, który miał poprawić wyrazy i zwroty ukraińskie w Ogniem i mieczem. W ten sposób raz jeszcze okazuje się, iż źródła powieści historycznej biją nie tylko w starych aktach, ale również w dziełach literackich. I, dodajmy od razu, w literaturze ludowej, w danym wypadku w przysłowiach.

Znane powszechnie przysłowie

images

Przytoczonege w Dawnej Warszawie, powiedzieć trzeba, iż sprawdzenie jego powszechności nie jest łatwe. U Adalberga go nie ma, bo sporządził on Księgę przysłów polskich, a na przykład jego polski najwidoczniej nie trafił. Co osobliwsza, daremnie by go szukać w znakomitym kompendium przysłów łacińskich Margalitsa.3 Autorka słyszała je zapewne w środowisku palestry warszawskiej, w którym się wychowała, a w której przetrwały echa dawnej kultury sarmackiej. Ja spotkałem je przed laty czterdziestu, wraz z jego odpowiednikiem, w Rzeszowskiem, gdzie przytaczano je po wiejskich plebaniach, kontynuujących również po swojemu tradycje staropolskie. Przysłowie wiąże spożycie wina i mleka w sposób na pozór osobliwy, w istocie zupełnie normalny. Mleko, jak wiadomo, jest antidotum na rozmaite trucizny, m. in. na zatrucie alkoholem od lekkiego zamroczenia po utratę przytomności. I ten właśnie zabieg leczniczy, w postaci humorystycznie przesadzonej, występuje w przysłowiu o sporządzaniu testamentu. Człowiek, który doprowadził się do tego, że po winie musi stosować mleko, jest… gotów, pić dalej nie powinien, pić zresztą nie może. Mleko oczywiście nie grozi mu śmiercią, przeciwnie, wywołuje torsje i leczy zalanego. Zwłaszcza mleko kwaśne czy zsiadłe, niegdyś kampustem u nas zwane.

ZACHCIAŁO SIĘ WILKOWI PLĘSAĆ

literatura

Knapius zapisał przysłowie: „Zachciało się wilkowi plęsać (śpiewać)”, dodając, że dotyczy ono ludzi, którzy biorą się do nie swoich rzeczy i źle na tym wychodzą. Adalberg powtórzył je dosłownie i bez komentarza, co i zrozumiałe, wszak od wilka nie oczekujemy popisów tanecznych czy śpiewaczych. Ktoś jednak, kogo zainteresowałoby pytanie, dlaczego przysłowie przypisuje je temu właśnie, a nie innemu drapieżnikowi, znalazłby odpowiedź w rzadkiej u nas, poza Kaszubszczyzną, bajce zwierzęcej o głupim wilku, narażonym na dotkliwe przejścia przez chytrego lisa. Lis mianowicie zaprasza wilka na ucztę, dostaje się z nim do spiżarni chaty wiejskiej, w której odbywa się właśnie wesele. Obydwaj objadają się obficie, wilk podpija sobie i zaczyna nie tyle śpiewać, co wyć z zadowolenia. Zaalarmowani weselnicy zbiegają się i turbują go niemiłosiernie, tak że ledwo uchodzi z życiem. Tak opowiada się na Kaszubach. Odmiana krakowska przedstawia się inaczej i bardziej rubasznie. Liszka namawia podstępnie wilka, by się opił wody, zatyka go kołkiem i prowadzi na chłopskie wesele, by potańczyć. W momencie, gdy danser wyraża obawę, że „bedzie laksowało”, liszka wyrywa mu kolek, wilk zanieczyszcza izbę i ciężko pobity przez oburzonych gości z trudem uchodzi z wesela. Przysłowie Knapiusa wspominające i pląsy, i śpiewanie wilcze dowodzi, iż na gruncie staropolskim bajkę o wilku i lisie znano w obydwu jej odmianach.

NIE BOJĘ SIĘ WILKA.

trudnosci-z-koncentracja

Wrześniowy zeszyt warszawskiego „Ateneum” z r. 1895, gdzie A. Briickner kończył swoje znakomite studium o Przysłowiach, przynosił również wspaniałą nowelę Wł. St. Reymonta, nazwaną szkicem, a zatytułowaną Tomek Baran. Znajdujemy w niej opis powrotu przez las dziewczyniny spracowanej całodzienną robotą na mrozie przy odkopywaniu spod śniegu drzewa: Marysia okręciła głowę zapaską, zabrała łopaty i wolno poszła w las, ku domowi. Czuła się nie tyle zmęczoną, co głodną i bardzo senną. Z początku szła bezmyślnie, ale potem las zaczął się jej wydawać takim groźnym i ponurym, tak czerniał dziwnie i jakby rozbrzmiewał jękiem w głębiach, że obleciała ją trwoga niewytłumaczona. Zdawało się jej, że niezliczone pnie drzew zabiegają jej drogę ze wszystkich stron, że pomiędzy nimi świecą w dali jakieś oczy czerwonawe i migotają trójkątne pyski wilków: przymykała na chwilę oczy, ale strach rósł nieustannie, zaczęła szybciej lecieć i dla dodania sobie odwagi, na pół już przytomna, śpiewała: Mazury, Mazury! Chłopy kiej drabany, Sadzić wama kury nie chodzić do panny,

Hu-ha!
A później:
Nie boję się chłopa, choćby była kopa
Nie boję się wilka, choćby było kilka.
Hu-ha!

Ale bało się biedactwo ogromnie. Druga z tych przyśpiewek, niewątpliwie autentyczna, pochodząca gdzieś spod Rogowa czy Koluszek, ma swój odpowiednik paremiologiczny w formie przysłów zapisanych u Adalberga w postaci: „Nie boję się wilka, choć ich kilka; boję się chłopa, bo ich zaraz kopa” oraz „Nie boję się wilka, choćby było kilka, a jak zobaczę ogón, to uciekam do dom”. Obie postaci są tu zresztą rytmicznie zniekształcone.

Scroll To Top