Szkoła i nauka



WISŁA I TURECKIE KONIE

images (2)

Przysłowie: „Jak tureckie konie będą w Wiśle poić”, słusznie zaopatrzone objaśnieniem: „nigdy nie doczekasz tego”, powstało zapewne w związku z faktem, iż wyprawy tureckie wieku XVII docierały tylko do wschodnich kresów Rzeczypospolitej, sięgały tylko po okolice Lwowa. Warto jednakże dodać, że przysłowie jest niewątpliwie pogłosem naszej bogatej literatury politycznej, która w wiekach XVI i XVII wydała mnóstwo utworów publicystycznych i literackich, prawiących o niebezpieczeństwie tureckim. Być więc może, że któryś z ich autorów, a należeli do nich pisarze znakomici, St. Orzechowski, M. Rej, J. Kochanowski, S. F. Klonowie, W. Potocki i inni, wprowadzając „pogróżki”, użył zwrotu o Wiśle. Wszak Kochanowski w głośnej pieśni „Wieczna sromota i nie nagrodzona krzywda…” ubolewał, iż sułtan usiłuje Polsce narzucać swego kandydata na króla. Znalezienie takiej pogróżki pozwoliłoby ustalić wiek omawianego przysłowia. Możliwe jest nadto inne jeszcze wyjaśnienie. Jak wiadomo, Turcja nie uznała rozbioru Polski i wskutek tego od końca wieku XVIII nieraz oglądano się na nią jako na naturalnego sprzymierzeńca w walce o odzyskanie niepodległości. Złudne te nadzieje, znane w historii jako próby tworzenia w Turcji polskich sił zbrojnych, odbiły się również w literaturze tradycyjnej, w przeróżnych proroctwach politycznych. Najgłośniejsze z nich, tzw. Przepowiednia Wernyhory, upowszechniona gdzieś w okolicach powstania listopadowego, bardzo popularna w epoce romantyzmu, a nawet w wieku XX, ma motyw bliski naszemu przysłowiu. W powieści M. Czajkowskiego Wernyhora (1838) chwila wyzwolenia Polski określona jest formułką: „Muzułmanin konie napoi w Horyniu.”

Z PRZYSŁÓW WISIELCZYCH

images (4)

W książce J. St. Bystronia znaleźć można rozdziałek o związku „życia prawnego” w dawnej Polsce z przysłowiami. Jest tam garść uwag o przysłowiach związanych z szubienicą, ale nie wyczerpują one tematu, jak to jest zresztą i u Adalberga. Jak zaś temat to bogaty różnorodny, a nieraz trudny do zrozumienia, dowodzą podane tutaj uwagi o przysłowiach: „Gąszczyn testament” i „Marchołtowe drzewo”. Rzecz w tym, iż kara śmierci przez powieszenie była aż po wiek XVIII czymś pospolitym, stosowanym przede wszystkim do złodziei, szubienica była normalną instytucją miejską, kat zaś, „małodobrym” ironicznie zwany, normalnym funkcjonariuszem magistrackim. W Lublinie, dzisiaj w obrębie parku, przy wyjeździe z miasta wznosi się kapliczka, postawiona na miejscu dawnej murowanej szubienicy, wzniesiona może nawet z jej cegieł. W tych warunkach zarówno w ławicy miejskiej, gdzie przesłuchiwano, torturowano i skazywano przestępców, jak w „wieży”, gdzie spędzali oni swe chwile ostatnie, jak w tawernach miejskich, a wreszcie na miejscu tracenia, rozwijał się utrzymywał przez wieki swoisty folklor szubieniczny czy wisielczy, powstawały opowiadania, pieśni i przysłowia, zaprawione często domieszką szczególnego makabrycznego komizmu. Niemcy nazwali to Galgenhumor, humorem szubienicznym czy wisielczym, i kawał z testamentem Sowiźrzała czy naszego Gąski jest typowym okazem tej odmiany humoru.

NIE BOJĘ SIĘ WILKA.

trudnosci-z-koncentracja

Wrześniowy zeszyt warszawskiego „Ateneum” z r. 1895, gdzie A. Briickner kończył swoje znakomite studium o Przysłowiach, przynosił również wspaniałą nowelę Wł. St. Reymonta, nazwaną szkicem, a zatytułowaną Tomek Baran. Znajdujemy w niej opis powrotu przez las dziewczyniny spracowanej całodzienną robotą na mrozie przy odkopywaniu spod śniegu drzewa: Marysia okręciła głowę zapaską, zabrała łopaty i wolno poszła w las, ku domowi. Czuła się nie tyle zmęczoną, co głodną i bardzo senną. Z początku szła bezmyślnie, ale potem las zaczął się jej wydawać takim groźnym i ponurym, tak czerniał dziwnie i jakby rozbrzmiewał jękiem w głębiach, że obleciała ją trwoga niewytłumaczona. Zdawało się jej, że niezliczone pnie drzew zabiegają jej drogę ze wszystkich stron, że pomiędzy nimi świecą w dali jakieś oczy czerwonawe i migotają trójkątne pyski wilków: przymykała na chwilę oczy, ale strach rósł nieustannie, zaczęła szybciej lecieć i dla dodania sobie odwagi, na pół już przytomna, śpiewała: Mazury, Mazury! Chłopy kiej drabany, Sadzić wama kury nie chodzić do panny,

Hu-ha!
A później:
Nie boję się chłopa, choćby była kopa
Nie boję się wilka, choćby było kilka.
Hu-ha!

Ale bało się biedactwo ogromnie. Druga z tych przyśpiewek, niewątpliwie autentyczna, pochodząca gdzieś spod Rogowa czy Koluszek, ma swój odpowiednik paremiologiczny w formie przysłów zapisanych u Adalberga w postaci: „Nie boję się wilka, choć ich kilka; boję się chłopa, bo ich zaraz kopa” oraz „Nie boję się wilka, choćby było kilka, a jak zobaczę ogón, to uciekam do dom”. Obie postaci są tu zresztą rytmicznie zniekształcone.

Analiza przysłowia składniowa jest prosta

Obejmuje ono trzy nazwy, każda ma przydawkę, „jeden”, „maga”, „miasto”; ponieważ dwie pierwsze przy dawki rymują się ze swoimi rzeczownikami, zdanie wygląda na spoistą i konsekwentną całość pod względem i logicznym, artystycznym. Kolejność tych nazw, dzięki przydawce dwuczłonowych, jest taka, iż ostatnia z nich wydaje się przeciwstawieniem dwu pierwszych. Kraków jest miastem, i tym różni się od Wiednia i Pragi. Na czym więc różnica ta polega? Gdy sięgniemy do Adalberga pod hasło „Wiedeń 3j 3* ”, gdzie mamy i przysłowie Rysińskiego, znajdziemy tam coś, co naprowadza na ślad poszukiwanego rozwiązania. „I we Wiedni ludzie biedni.” Ślad ten wskazuje, iż w języku przysłów z wyrazem „Wiedeń” rymuje się przymiotnik „biedny”, który w swej postaci średniowiecznej, jak zresztą i późniejszej, brzmi „bieden”, a więc w danym wypadku tworzy układ rytmiczny taki sam jak liczebnik „jeden”. Znaczeniowo zaś przymiotnik jest tu o tyle wyższy nad liczebnikiem, iż wnosi do przysłowia jakiś sens, którego liczebnik nie daje. Idąc zaś za przyjętym śladem i dostrzeganym sensem, przyjąć dalej trzeba, że przydawka przy drugiej stolicy może być jakimś synonimem do „bieden”. Synonimem tym może być tylko przymiotnik „naga”, tj. goła, biedna. Wydobycie spod obecnej postaci przysłowia dwu przymiotników w ich przypuszczalnie pierwotnym brzmieniu daje zaskakująco jasną całość: „Bieden Wiedeń, Praga naga — Kraków miasto.”

Skąd data — z mikstata

Zajął się nią paremiolog tak znakomity, jak A. Bruckner, ale zaatakował ją najgorszym ze swych narzędzi poznawczych, domysłem podanym jako pewnik.2 Wychodząc z błędnego założenia, które z uporem wielokrotnie powtarzał, że rymowana postać przysłowia jest zawsze zjawiskiem wtórnym, zaopiniował krótko i węzłowato: „jak jeden tak imaga tylko potrzeba rymu wywołała”, podobnie jak w przysłowiu „Skąd data — z mikstata”. Roma locuta — ale nie causa finita, Bruckner zapomniał bowiem o drugim, obok konieczności unikania fałszywych przesłanek, postulacie naukowym głoszącym, iż poprawne rozwiązanie trudności istotnie ją rozwiązuje, a rozwiązania tego nie dał, gdyby bowiem nawet przyjąć jego punkt wyjścia, nie dostanie się punktu dojścia. W wypadkach przecież, gdy mamy istotnie mechaniczne dodatki, wywołane potrzebą rymu, dodatki te przecież zawsze są wyrazami, które coś znaczą, tymczasem „maga”, jak dotąd, nic nie znaczy. Prócz tego, w wypadkach tych mamy zawsze dwie postaci przysłowia, starszą, nie rymowaną, i nową, rymowaną. Gdy odrzucimy obydwa wyrazy, przez Brücknera uznane za składniki późniejsze, otrzymamy: „Wiedeń—Praga—Kraków miasto”, co nie daje żadnego sensu, podobnie jak postać, którą badamy. Gdzież więc wyjście? Ano, trzeba ostrożnie przeanalizować samo przysłowie w jego postaci jedynie znanej, choć niejasnej, następnie zaś analizę tę rzucić na tło odpowiedniego materiału słownikowo-przysłowiowego i, unikając fantazjowania, starać się z zebranych faktów wyciągnąć te wnioski, które wyciągnąć z nich wolno.

PRZYSŁOWIE O WIEDNIU, PRADZE I KRAKOWIE

Centuria czwarta Przypowieści polskich Rysińskiego kończy się we wszystkich czterech wydaniach pozycją tak oto zapisaną: „Jeden Wiedeń, Praga maga, Kraków miasto.” Należy ono do najtrudniejszych adagiów polskich, jak się bowiem zaraz okaże, nie rozumiemy w nim jednego tylko wprawdzie wyrazu, ale wskutek tego nie możemy zrozumieć całości. Jest nim zagadkowa maga, poza tym wypadkiem w języku polskim nie znana. Językoznawca i ludoznawca tak dobry, jak Jan Karłowicz, znalazłszy w gwarze czeskiej maga, znaczące błoto, usiłował przy jego pomocy wyjaśnić sens przysłowia1, najwidoczniej jednak zdanie zmienił, skoro w wydanym pod jego redakcją, choć już po jego śmierci, tomie II Słownika warszawskiego pod hasłem „Maga” czytamy „wiedźma, jędza” z przytoczeniem inkryminowanego przysłowia, odwołaniem się do wyrazu „mag” i zaopatrzeniem wywodu pytajnikiem! Pytajnik to najzupełniej słuszny, bo i etymologia „magi” jest pustym domysłem, i znaczenie „wiedźmy” jako atrybutu Pragi nie wyjaśnia sensu przysłowia, jak wyjaśnić go nie może „błoto”, które chyba dla średniowiecznego Krakowa, w bagnach tonącego, byłoby bardziej znamienne niż dła stolicy Czech. Słowem, obydwie próby nie ruszyły sprawy z miejsca, przysłowie jak było, tak i pozostało nadal zagadką.

WALIGÓRSKI

Z wyjątkiem jednego szczegółu prawdopodobnego, wszystko inne jest tu jednym nieporozumieniem. Szczególik ten to przypuszczenie, iż Waligórski jest zapewne nazwiskiem jakiegoś zbója podkarpackiego. Nawet jednak gdy się go uzna za słuszny, trudno zrozumieć, dlaczego zbój miałby lat dziesięć leżeć na jednym boku i dlaczego na tym właśnie miałaby polegać jego kara. Zacznijmy od owego szczególiku. Zbójów, opryszków czy — jak mówimy dzisiaj — bandytów na Podkarpaciu nigdy nie brakło, ani jednak ich wyczynów, ani nazwisk nie znamy. Historia się nimi nie zajmowała, tradycja zaś ustna przechowała tylko kilka nazwisk wyjątkowych, jak Dobosz na Huculszczyźnie, Janosik na Podhalu, Ondraszek na Śląsku. Garść dalszą wydobyć by można z pamiętników. Wszak to od Karpińskiego wiemy o Doboszu, od Fredry o Wolfie itp. W tych warunkach przypuścić wolno, że byl jakiś Waligórski, mimo że w cytowanej scenie Pana Jowialskiego, w ostatecznej redakcji tekstu mówi się o… Szandorze. Nazwisko Waligórskiego spotykamy w tomiczku Bogusza Zygmunta Stęczyńskiego Zbójcy w Galicji. Z podań gminnych (1860), który poświęci! mu stuwierszowy „poemat”.

WALENTY I WAŁEK

Pod hasłem „Walenty św. ly 7; i*, 8*” są u Adalberga dwa przysłowia: „Bodaj cię św. Walentego niemoc popadła” oraz „Święty Wałek tych powali, co patronem go nie znali (zwali)”. Pierwsze, odwołujące się do kazań S. Dambrowskiego (1621), jest właściwie przekleństwem, którego sens tłumaczy się w świetle przysłowia drugiego, obydwa bowiem dotyczą tej samej sprawy, choroby po grecku zwanej epilepsją, określenia jej zaś polskie podaje Mączyński w zdaniu: „Św. Walentego niemoc, wielka niemoc, choroba, padaczka niektórzy mówią.” Chodzi o to, że święty, którego czytelnicy Hamleta znają jako patrona zakochanych, poza światem anglosaskim z jego Valentine Day, obchodzonym do dzisiaj w połowie lutego, patronował epileptykom, i ta właśnie okoliczność tłumaczy sens obydwu przysłów Adalberga. Do nich dołączyć trzeba bardzo, jak się okaże, bogaty materiał z wieku ks. Dambrowskiego, wydobyty przede wszystkim z przeróżnych humoresek sowiźrzalskich. Tak więc w Peregrynacji Maćkowej (1612) czytamy o kobiecie, która tak płakała, „jakoby ją Walenty trząsł” (w. 1015), a w pokrewnej Prawdziwej jeździe Bartosza Mazura… (1643): „A bodajże cie święty Walanty ciskał”.

SŁOMIANE PRAWO

Za Rysińskim podał Adalberg (s. v. „Starosta 3j 3* ”) przysłowie: „Słomiany starosta dębowego ziemianina zwalczy.” Na karcie tytułowej Przypowieści Rysiriskiego (wyd. 1618) ręka współczesna mu zapisała: „Subditum chalybaeum aut durum a superiore etiam stramineo damnari posse. Słomiane prawo i żelaznego pana słu- cze.” Przypisek ten wskazuje, iż przysłowie nasze poszło z łacińskiego, skądinąd zaś wiemy, iż stosowano je już na lat kilkadziesiąt przed Rysińskim. Bruckner mianowicie zwrócił uwagę2, iż aluzję do słomianego starosty ma w Rozmowie nowych proroków, dwu baranów o jednej głowie, napisanej około r. 1567, Marcin Bielski. Istotnie, skarżąc się na samowolę starostów, którzy pod pretekstem dbałości o „dobro pańskie” nadużywają swej władzy i przy rozgraniczaniu królewsz- czyzn i dóbr szlacheckich „bez miary ściskają ziemiany”, naszkicował taki obrazek: Sieje, orze na cudzym słomiany starosta, Żelazny ziemianinie, tu stój końcu mosta;
Potyć pole zajachał, nie śmiej z pługiem chodzić, Jeśli co poczniesz gwałtem, tobie będzie szkodzić.

WOŁOWA (DIABELSKA) SKÓRA

Zwrot „Zapisał się na diabelskiej skórze” („Skóra 17 ”, NKPP „Pisać 24* ”), zapewne niezbyt stary, w Księdze przysłów polskich powtórzony za Kolbergiem, odtwarza jednak przesądy, przekonania
wierzenia dawne, sięgające średniowiecza. Człowiek średniowieczny bowiem wierzył, iż diabłu można się było zaprzedać podpisując cyrograf, czyli kładąc podpis własnoręczny, bo to cyrograf znaczy, to na dobitkę piórem we własnej krwi umoczonym. Poezja romantyczna upowszechniła te pomysły. „Wszak ze mnąś na Łysej Górze Robił o duszę zapisy”, powiada diablik w Pani Twardowskiej, „Cyrograf na byczej skórze Podpisałeś ty…”, a w Tukaju cały ten proceder przedstawiony jest szczegółowo. Mamy więc w balladach Mickiewicza poetycki komentarz do przysłowia, dowodzący, iż „diabelska skóra” to nie z diabła zdarta, lecz do niego należąca.
Dlaczego jednak skóra, i to jeszcze bycza? Rzecz jest prosta, gdy się przypomni, iż w średniowieczu pospolitym materiałem piśmiennym był pergamin, odpowiednio przyrządzona skóra, tylko że nie bycza, lecz ośla, barania, w najgorszym razie cielęca. Jeśli zaś przysłowie zastępuje ją byczą, w odmianach wołową („I na wołowej skórze się nie zmieści”, „Zmieścić się i ”, NKPP „Skóra 2s* ”) lub nawet bawolą, a więc materiałem, z którego sporządzało się grube podeszwy, a nie cienkie karty, robi to ze względów, które znamy z innego przysłowia: „Ani by tego na byczej skórze nie spisał” („Skóra 1; 2s* ”)3 a więc podkreśla wielkość owej skóry i nadto wprowadza lekki odcień komiczny. Dodajmy, że w postaci najdawniejszej znamy je z Sielanek J. B. Zimorowica (1663): „Nie spisałbyś wszytkiego na wołowej skórze.”

ŚWIĘTY WIT I SŁOWIK

images (1)

Istnieje przysłowie kalendarzowe: „Na święty Wit słowik cyt” lub „Umilkł jak słowik na św. Wita”. Znaczy ono po prostu, że w połowie czerwca, a św. Wita przypada dokładnie 15 czerwca, słowiki przestają śpiewać, termin zaś ustala sposobem średniowiecznym, gdy zamiast kolejnych liczb dni miesiąca wymieniało się imiona świętych, których w tych dniach czczono. Adalberg, który pod hasłem „Św. Wit” pomieścił dwadzieścia różnych przysłów, jako pozycję przedostatnią i najbogatszą podał: „Święty Wicie, piętka w życie. Nie słyszę Cię, Panie, aż połowa ptastwa śpiewać ustanie”. Do tego dodał, iż „piętka = zarodek ziarna zbożowego” i wywód, dlaczego „piętka” jest tu nie na miejscu. Czytając to wszystko, trudno się domyślić, iż mamy tu przepiękną legendę, jedną z rzadkich u nas, w formie dialogu między Bogiem a świętym Witem. Stwórcę, pojętego tu bardzo po gospodarsku, interesuje nie śpiew słowika, lecz sprawa, czy żyto rośnie należycie, czy na źdźbłach występują już „piętki”, inaczej kolankami zwane, a więc zgrubienia zapewniające, iż źdźbło oprze się wiatrom deszczom i wyda kłos. Zapytany św. Wit odpowiada, że nie słyszy, bo ptactwo zanosi się śpiewem, zwłaszcza słowiki. Bóg każe im wówczas zamilknąć. Wszystko to znaleźć można w materiale zacytowanym u Adalberga.

Znał go zresztą już świat starożytny

images (3)

Jak wskazuje koncept o „człowieku trzech liter”, pospolity u nas w XVII wieku, a pominięty przez Adalberga. Wyjaśnił go w swych Adagiach 3 Erazm z Rotterdamu, omawiając wyrażenie Homo trium litterarum, dające się ironicznie zastosować do osobnika ze znakomitego rodu, a więc noszącego nazwisko trójczłonowe, którego składniki, zwłaszcza imiona, oznaczano literami, jak C. J. Caesar (Caius Julius) lub M. T. Cycero (Marcus Tullius). Już jednak w komediach Plauta zjawia się koncept ludowy: Człowiek trzech liter to FUR, złodziej, godzien szubienicy (furca), którą poniesie na miejsce kaźni, a zatem furcifer. Koncept więc przybrał postać kalamburu. Ponieważ zaś szubienica miewała często kształt greckiej litery fi, składała się zatem z trzech słupów, „drewien”, stąd u nas zwano ją z niemiecka „drajhulcem” lub „dryhulcem”, i u pisarzy wieku XVII częsty bywa koncept, iż człowiek trzech liter jest, rzecz prosta, człowiekiem trzech drewien. „Trzech liter pan wydarł nam Smoleńsk”, czytamy u Kochowskiego. „Złodziej był osądzony na trzy drewna”, wtóruje mu Kuligowski. O koniokradzie mówi Potocki: „Powiesiwszy na trzecim kat między dwie drewnie” , rękopis zaś mu współczesny ma: „wrota na on świat trzy drewna”. W rękopisie tym znajdujemy całą serię analogicznych konceptów językowych na temat szubienicy i powieszenia: „Temonia, duszennica z gałęzia w południe wyględać w ramy kogo opraw wstać bożym ptaszkiem umrzeć na dębie pogrzebiony na powietrzu wrota na on świat trzy drzewa.”

Lepszy niedołęga niż wyproszony kawaler

images (5)

Jakkolwiek podano je bez wskazania źródła, wolno przypuścić, iż chodzi tu o autentyczne przysłowie, związane z Podkarpaciem, wolno natomiast wątpić, czy przysłowiu temu dała początek taka oto historyjka. Skazaniec, wyproszony od powroza przez niezbyt uroczą niewiastę, zamordował ją w noc poślubną i umknął w góry. Wątpliwości te płyną stąd, iż autor artykułu nie wykazuje dobrej orientacji w dawnych stosunkach sądowych, twierdzi bowiem, iż „Małodobry” to jakoby nazwisko kata w grodzie bieckim, choć zajrzenie do Słownika warszawskiego przekonywa, iż „małodobrym” nazywano u nas w wiekach XVI i XVII zarówno łotra, jak i kata. Wątpliwości te dalej pochodzą stąd, że przysłowie mogło powstać raczej na tle obserwacyj, iż małżeństwa z ocalonymi od powroza wyrzutkami układały się nie najlepiej, niż w związku ze wspomnianą anegdotą, dotyczącą wypadku wyjątkowego. Anegdot zaś takich i podobnych było więcej, jak dowodzi facecja K. Żery, zapisana przez niego na Podlasiu i podana jako źródło przysłowia, które Adalberg przeoczył czy odrzucił. Oto ona: PANIE JAKUBIE, WIESZAJ WAĆPAN! Był onego czasu jakoby taki zwyczaj, że gdy na potępieńca wiedzionego na szubienicę dziewka jaka rzuciła swój rańtuch na znak, że chce go pojąć na męża, to darowano winowajcy życie pod warunkiem, iżby ślub wzięli niezwłocznie. Owoż zdarzyło się razu pewnego, że gdy brat imieniem Jakub prowadził wieszać młodego urwisza, a zastąpiła im drogę szubieniczną stara baba chciała skazańcowi ocalić życie, byleby został jej mężem, on hultaj spojrzawszy na szpetną staruchę zawołał na brata: „Panie Jakubie, wieszaj waćpan!” Słowa te poszły w przysłowie i kiedy kto jakiej niefortunnej łaski przyjąć nie chce, to mówi: „Panie Jakubie, wieszaj waćpan.”

WIESZAJ, PANIE JAKUBIE, CZYLI WYPRASZANIE SKAZAŃCA W PRZYSŁOWIACH

images (6)

Gdy przed laty sześćdziesięciu czytelnicy z zapartym tchem śledzili losy Zbyszka i Danusi, jedna ze scen w Krzyżakach wzbudziła żywe zainteresowanie naukowe, upamiętnione sporą ilością rozpraw studiów z pogranicza historii prawa i etnografii. Scena ta to uratowanie Zbyszka od topora katowskiego przez Danusię, która zarzuca mu nałęczkę na głowę, wybiera na męża i w ten sposób ocala od śmierci. Wspomniane dociekania naukowe wykazały, iż powieściopi- sarz nawiązał tu do zwyczaju znanego z aktów sądowych, o czym on sam doskonale wiedział, gdy w usta kasztelana krakowskiego wkładał uwagę, „że więcej się do prostego ludu i do podhalskich zbójników ów obyczaj stosuje niż do szlachty”. Ponieważ jednak sprawa efektownego pomysłu nie da się zamknąć w źródłach jedynie prawnych, warto do niej wrócić, by spojrzeć na nią od strony literatury i folklorystyki, od strony powieści i przysłowia. W r. 1883, a więc równocześnie z Ogniem i mieczem, ukazała się w Warszawie powieść zapomnianego dzisiaj całkowicie Podolaka, Piotra Jaksy-Bykowskiego, zatytułowana Słoboda. W ponurym tym obrazie hajdamaczyzny jeden z rozdziałów nosi napis „Pokrytka” przedstawia ocalenie od egzekucji młodego Sołomieja przez piękną Handzię. Pewne drobne szczegóły sytuacyjne, jak choćby reakcja tłumu, dowodzą, iż autor Krzyżaków scenę tę zapamiętał i że ona właśnie w znacznym stopniu przyczyniła się do wprowadzenia motywu wyproszenia skazańca na rynku krakowskim w Krzyżakach. Rzecz to zrozumiała. Sienkiewicz interesował się Bykowskim i jego twórczością, skoro jego właśnie wskazywał jako człowieka, który miał poprawić wyrazy i zwroty ukraińskie w Ogniem i mieczem. W ten sposób raz jeszcze okazuje się, iż źródła powieści historycznej biją nie tylko w starych aktach, ale również w dziełach literackich. I, dodajmy od razu, w literaturze ludowej, w danym wypadku w przysłowiach.

Znane powszechnie przysłowie

images

Przytoczonege w Dawnej Warszawie, powiedzieć trzeba, iż sprawdzenie jego powszechności nie jest łatwe. U Adalberga go nie ma, bo sporządził on Księgę przysłów polskich, a na przykład jego polski najwidoczniej nie trafił. Co osobliwsza, daremnie by go szukać w znakomitym kompendium przysłów łacińskich Margalitsa.3 Autorka słyszała je zapewne w środowisku palestry warszawskiej, w którym się wychowała, a w której przetrwały echa dawnej kultury sarmackiej. Ja spotkałem je przed laty czterdziestu, wraz z jego odpowiednikiem, w Rzeszowskiem, gdzie przytaczano je po wiejskich plebaniach, kontynuujących również po swojemu tradycje staropolskie. Przysłowie wiąże spożycie wina i mleka w sposób na pozór osobliwy, w istocie zupełnie normalny. Mleko, jak wiadomo, jest antidotum na rozmaite trucizny, m. in. na zatrucie alkoholem od lekkiego zamroczenia po utratę przytomności. I ten właśnie zabieg leczniczy, w postaci humorystycznie przesadzonej, występuje w przysłowiu o sporządzaniu testamentu. Człowiek, który doprowadził się do tego, że po winie musi stosować mleko, jest… gotów, pić dalej nie powinien, pić zresztą nie może. Mleko oczywiście nie grozi mu śmiercią, przeciwnie, wywołuje torsje i leczy zalanego. Zwłaszcza mleko kwaśne czy zsiadłe, niegdyś kampustem u nas zwane.

WINO — MLEKO — KAMPUST

ksiazki

W niezwykle interesujących wspomnieniach o Dawnej Warszawie Jadwigi Dmochowskiej jest rozdział o mleczarniach warszawskich sprzed pół wieku, m. in. o sławnej „Nadświdrzańskiej”. Autorka zaznacza, że posiłki tam były wysoce higieniczne, m. in. ponieważ „wykluczały spożycie alkoholu. Znane jest bowiem powszechnie przysłowie: Post vinum lac, testamentum fac”
Czy uwaga to słuszna, wolno wątpić, w danym bowiem wypadku z równym, a nawet większym prawem zastosować by można przysłowie wręcz przeciwne: „Post lac vinum, repete trinuml” Gdy bowiem pierwsze znaczy: „Pijąc po winie mleko, rób testament”, drugie zaleca po szklance mleka trzy szklanki wina. Wiadomo jednak, że „mądrość narodów” ukryta w przysłowiach zawiera często wskazówki wręcz sprzeczne, a jednakowo słuszne. Wszak wiadomo, że „Śmiałkom szczęście sprzyja”, ale również wiadomo, że „Śmiałków psy gryzą”. O ile zaś chodziłoby o bywalców „Nadświdrzańskiej”, zdarzali się wśród nich niewątpliwie tacy, którym mleczne kolacje wystarczały najzupełniej, ale i tacy, którzy „poprawiali” je w zakładach mniej higienicznych i nie szczędzili sobie przy tym nektarów z mlekiem niewiele mających wspólnego, chyba że weźmie się na serio przysłowie śląskie: „Ni ma lepszego leku jak gorzałka po mleku”.

ZACHCIAŁO SIĘ WILKOWI PLĘSAĆ

literatura

Knapius zapisał przysłowie: „Zachciało się wilkowi plęsać (śpiewać)”, dodając, że dotyczy ono ludzi, którzy biorą się do nie swoich rzeczy i źle na tym wychodzą. Adalberg powtórzył je dosłownie i bez komentarza, co i zrozumiałe, wszak od wilka nie oczekujemy popisów tanecznych czy śpiewaczych. Ktoś jednak, kogo zainteresowałoby pytanie, dlaczego przysłowie przypisuje je temu właśnie, a nie innemu drapieżnikowi, znalazłby odpowiedź w rzadkiej u nas, poza Kaszubszczyzną, bajce zwierzęcej o głupim wilku, narażonym na dotkliwe przejścia przez chytrego lisa. Lis mianowicie zaprasza wilka na ucztę, dostaje się z nim do spiżarni chaty wiejskiej, w której odbywa się właśnie wesele. Obydwaj objadają się obficie, wilk podpija sobie i zaczyna nie tyle śpiewać, co wyć z zadowolenia. Zaalarmowani weselnicy zbiegają się i turbują go niemiłosiernie, tak że ledwo uchodzi z życiem. Tak opowiada się na Kaszubach. Odmiana krakowska przedstawia się inaczej i bardziej rubasznie. Liszka namawia podstępnie wilka, by się opił wody, zatyka go kołkiem i prowadzi na chłopskie wesele, by potańczyć. W momencie, gdy danser wyraża obawę, że „bedzie laksowało”, liszka wyrywa mu kolek, wilk zanieczyszcza izbę i ciężko pobity przez oburzonych gości z trudem uchodzi z wesela. Przysłowie Knapiusa wspominające i pląsy, i śpiewanie wilcze dowodzi, iż na gruncie staropolskim bajkę o wilku i lisie znano w obydwu jej odmianach.

Scroll To Top